Bezproblemowo i planowo dojechaliśmy do Leszna. Lekkie zamieszanie przy wejściu. Ten nas odsyła po opaskę, ów mówi, że to nie on tylko koleżanka, która właśnie nas odesłała do niego… Życie. W końcu udało się i weszliśmy do strefy VIP, albo jak kto woli Aviator Club. Leżaki, stoliki pod zadaszeniem, niezła wyżerka, napoje i bardzo sympatyczna obsługa. Obok jeżdżący czołg i śmigłowce (m.in. z zaprzyjaźnionego Helipoland), które wykonywały tzw. „widokówki”, czyli loty z pasażerami. Rozsiedliśmy się wygodnie, przygotowałem sprzęt fotograficzny, Ania poszła po coś do auta i w tym czasie wykonujący lot treningowy „Bronco”… usiadł bez podwozia.
No i to był przedsmak tego co się wydarzy. Loty zostały praktycznie wstrzymane i zapowiedziano, że ze względu na zablokowanie pasa rozpoczęcie pokazów jest przesunięte o 2 godziny czyli na godzinę 1600. A więc smażyliśmy się w upale, jedliśmy, a ja trenowałem fotografię wykonując zdjęcia bardzo sympatycznemu czterolatkowi, Leonowi. Spotkałem się też z Frankiem i Kingą, moimi dzieciorami z ZSTiH, którzy tu działali jako wolontariusze. Kupiłem też śmigłowcowe naszywki do mojej kolekcji…
Pokazy w znacznie okrojonej wersji rozpoczęły się około 1600. Spiker co kilkanaście minut mówił, że wokół Leszna przemieszczają się burze, ale jeśli zrobi się groźnie, organizatorzy zarządzą opuszczenie lotniska przez widzów. No i zarządzili, tylko że zrobili to w takim momencie, kiedy wał burzowy praktycznie przetaczał się przez lotnisko. Byliśmy już spakowani, jeszcze poszedłem zrobić zdjęcia odlatującym śmigłowcom i kiedy się odwróciłem z namiotu w którym była Ania zostały już tylko resztki. Chyba pierwszy raz w życiu tak bardzo bałem się o Anię. Tymczasem okazało się, że Ania stała obok i czekała na mnie.
Zaczęło padać, a wiało tak, że namioty latały. Towarzystwo ruszyło do wyjść. My mieliśmy do auta „rzut kamieniem”, a więc szybko się w nim schroniliśmy. Chwile posiedzieliśmy i w strugach deszczu, za poprzedzającym nas samochodem policyjnym, wyjechaliśmy z lotniska i z Leszna. Tłumy ludzi na stacji benzynowej, w hipermarkecie, we wiatach autobusowych, ktoś chroniący się w rowie owinięty folią NRC. Istne szaleństwo!!! Do Gorzowa jechaliśmy w ekstremalnie trudnych warunkach. A kilkanaście kilometrów przed Gorzowem wszystko ucichło i na niebie pojawiła się tęcza. W hotelu piwo, prysznic i spać, bo wrażeń jak na jeden dzień chyba zbyt wiele.
Sobota. Rozpoczęliśmy powrót z Leszna do domu. Najpierw na błysk do Niemiec do Bad Muskau gdzie zaliczyliśmy przejażdżkę wąskotorówką, wieżę widokową i muzeum kolejek wąskotorowych. Później urokliwe Görlitz z kawą na rynku, a na koniec, trochę w deszczu, zamek Czocha. Na finał ryba z frytkami w Świeradowie Zdroju. Ryba, że palce lizać!!!
Niedziela. Nie wiedziałem, że z Leszna do Bielska jest tak daleko ;-), bo wracamy już dwa dni. Rano górsko, bo ze Świeradowa Zdroju przez Jelenią Górę do Karpacza i na Kopę pod Snieżką do Śląskiego Domu. Później przez jeleniogórskie, modelarsko fascynujące „Kolejkowo” do zamku Książ (rozczarowanie), a na koniec zamek w Mosznej gdzie w restauracji zamkowej podano nam jedzenie w towarzystwie stada much, bo ponoć niedaleko jest stadnina. A co mnie to obchodzi!!! I do tego koszmarnie przesolone frytki. Masakra!!! Dobrze, że chociaż pensjonat w porządku!!!
Poniedziałek. Cudownie wyspani wracamy do domu, bo ileż można wracać z Leszna, ale jeszcze po drodze coś dla ducha czyli sanktuarium maryjne i Góra Świętej Anny. Tam chwila zadumy, wyborna kawa i jakieś zakupu (będzie na prezenty dla przyjaciół).
P.S. Bardzo dziękuję sympatycznym Paniom, które umożliwiły nam zwiedzenie „Kolejkowa”, a wszystkim przejeżdżającym przez Jelenia Górę polecam to miejsce. Przeżycia nie tylko dla modelarza niesamowite.











