Lotnicza Grenlandia

   Genlandia, kraina nieziemskich krajobrazów (zapraszam do Galerii) i dla mnie oczywiście… lotnictwa. Lot do Nuuk, stolicy Grenlandii via Kopenhaga. Najpierw Wizzair z Krakowa, a później  pięciogodzinny przelot bardzo wygodnym krwistoczerwonym czerwonym Airbus’em A330neo z wypasionym śniadaniem połączonym z czerwonym winem. Pierwsze koty za płoty.

A miało być tak pięknie… Taksówką pojechaliśmy na lotnisko, ustawiliśmy się w długiej kolejce do odprawy i po kilkunastu minutach oczekiwania ktoś zauważył, że obok naszego lotu na tablicy świetlnej pojawiło się złowrogie słowo „Canceled”. Powiało grozą. Nasz lider poszedł na przeszpiegi i wrócił z bardzo niedobrymi informacjami. Okazało się, że samolot z przyczyn technicznych dziś nie odleci i że ani na dziś ani także na jutrzejszy poranek nie ma dla nas miejsc na lot do Ilulissat. Niewesoło. Usiedliśmy więc w sali odlotów i czekaliśmy co będzie dalej. Musieliśmy odczekać swoje, aby linia dała nam vouchery na jedzenie, transport i ewentualnie na hotel. Z tym ostatnim było bardzo źle, bo linia odpuściła temat z uwagi na zatłoczenie stolicy turystami (te loty tutaj wypadają dość często, więc hotele są przepełnione ludźmi czekającymi na swoją kolej). Dzięki wzmożonym działaniom wielu ludzi udało się załatwić noclegi, choć przez moment była nawet wersja, że będziemy musieli nocować na lotnisku… Po ustaleniach i otrzymaniu voucherów ruszyliśmy taksówkami do miasta. Zjedliśmy obiad na koszt Air Greenland i pojechaliśmy do naszego hotelu. Warunki były całkiem dobre, bo dostaliśmy duży i przestronny pokój. Chwilę odpoczęliśmy i zrobiliśmy jeszcze rundkę po okolicy. Nieplanowany, nieco dłuższy pobyt w Nuuk.

    Następnego dnia w ramach rekompensaty za straty moralne pani, która nas odprawiała nie dosyć, że dała nam miejsca obok siebie, to jeszcze przy oknie! A wiec fotografowanie z lotu ptaka. Żeby jednak nie było zbyt pięknie to okazało się, że lot o 3 godziny opóźniony. Skwapliwie więc wykorzystaliśmy otrzymane od Air Greenland dodatkowe vouchery i zrobiliśmy zapasy żywieniowe na następny dzień. Mały, turbośmigłowy De Havilland Dash 8 „dostarczył” nas początkowo przy ładnej pogodzie, później nieco gorszej do Ilulissat. Dopiero przed samym lotniskiem docelowym pokazała nam się prawdziwa Grenlandia z górami i polami lodowymi, pięknym morzem i księżycowym krajobrazem. W samolocie zaskoczyła mnie inna rzecz. Dwóch młodych ludzi, nastolatków, zostało zaproszonych do kabiny na zdjęcia. Skorzystał z tego jeszcze jeden Amerykanin. Wszędzie w cywilizowanych krajach kokpit jest sterylny i nie ma opcji, aby ktoś postronny wchodził i robił zdjęcia w kabinie podczas lotu. Dziwne obyczaje.
I jeszcze ciekawostka. Wysiadając z samolotu już w Ililissat, zostawiłem na siedzeniu czapkę. I tylko dlatego, że to bardzo małe lotnisko i są tu specyficzne układy tę czapkę odzyskałem. Pobiegłem bowiem do obsługi i powiedziałem, że w samolocie została czapka. Ktoś podszedł do samolotu, który stał nieopodal, wziął ją i po prostu mi przyniósł. Na normalnym lotnisku coś takiego byłoby zupełnie niemożliwe.

     Kiedy zamawiałem jako jedyny z grupy lot widokowy samolotem Partenavia bardzo sympatyczna dziewczyna opowiedziała mi, jak to jej właściwie cała rodzina lata. Mają w Danii na własność samolot An-2 oraz nasz śmigłowiec Mi-2. Miło się rozmawiało. A sam lot dwusilnikową Partenavią nad polami lodowymi, lodowcami i morzem wart swojej ceny. Niesamowity ogrom lodu. Wszędzie lód i morze! Siedziałem obok pilota. Nie wiem, czy była to najlepsza decyzja jeśli chodzi o robienie zdjęć, ale też nie cały czas fotografowałem. Był czas, kiedy po prostu patrzyłem. Trzeba się tu… napatrzeć!!!

            Podczas przejazdu samochodem terenowy na lodowiec Russela natrafiliśmy na szczątki samolotu obok których znajdowała się tabliczka tej treści: „8 grudnia 1968 roku trzy samoloty treningowe US Air Force, lecące z Goose Bay w Nowej Fundlandii (Kanada) do Keflavíku w Islandii, natrafiły na złą pogodę w pobliżu bazy lotniczej Sondrestrom w Kangerlussuaq. Krążyły nad tym obszarem, szukając możliwości lądowania, aż skończyło im się paliwo. Czterej członkowie załóg ostatecznie katapultowali się i bezpiecznie dotarli na ziemię, choć jeden z nich złamał rękę podczas ewakuacji. Trzy maszyny rozbiły się na wzgórzach otaczających bazę a ich wraki są widoczne do dziś, choć w różnym stanie zachowania. Ze względu na łatwo dostępne położenie miejsce to zostało w znacznym stopniu rozgrabione przez poszukiwaczy pamiątek. Lockheed T-33A, znany jako „T-Bird”, to dwumiejscowy, całkowicie metalowy odrzutowy samolot treningowy, używany przez US Air Force w latach 1948–1997. Służył jako samolot do szkolenia w lotach bez widoczności, maszyna dyspozycyjna oraz platforma testowa. Prosimy o nienaruszanie, niewchodzenie, niesiadanie i niewspinanie się na żadną część wraków. Nie należy w żaden sposób przemieszczać ani modyfikować obiektów, a także niczego nie podnosić ani nie zbierać z ziemi. Dziękujemy za pomoc w ochronie naszego dziedzictwa kulturowego.

Następnego dnia znów niespodziewane zdarzenie lotnicze! Wczoraj jakoś nie zauważyłem, że po drugiej stronie pasa startowego stoi kilkanaście czerwonych samolotów, a może wziąłem je za zwykłe samoloty rejsowe Air Greenland, nie patrząc dokładnie, co to jest. Dziś rano na śniadaniu zobaczyłem pilotów w charakterystycznych, czerwonych kombinezonach RAF-u. Wydawało mi się początkowo, że to piloci śmigłowców, ale skądś te kombinezony znałem… Kiedy wróciliśmy do pokoju, zrozumiałem skąd znałem kombinezony. Po drugiej stronie lotniska stały samoloty legendarnego brytyjskiego zespołu akrobacyjnego Red Arrows, czyli Hawki! Sprawdziłem szybko w internecie i okazało się, że zespół zrobił sobie przerwę tu na Grenlandii podczas powrotu z pokazów w Ameryce Północnej. Po chwili zobaczyłem, że układ samolotów się zmienił. Dwie trójki akrobatów wykołowały na pas. Pobiegliśmy do recepcji i wyszliśmy na znajdujący się w jej pobliżu taras. Samoloty szykowały się do startu, a lotnisko przepełnił narastający huk silników odrzutowych. Red Arrows polecieli do domu!

      Na koniec naszego pobytu w Kangerlussuaq poszliśmy na trekking do jeziora Ferguson (Tasersuatsiaq). W drodze powrotnej, po drugiej stronie lotniska chcieliśmy zwiedzić muzeum, które jak mówi internet: „oferuje fascynujące spojrzenie na historię regionu. Od operacji amerykańskiej bazy w latach 60. XX wieku po obozy letnie Inuitów sprzed ponad 4000 lat, to muzeum prezentuje ewolucję Kangerlussuaq. Odwiedzający mogą zapoznać się z wystawami dotyczącymi lotnictwa na Grenlandii przed i po II wojnie światowej, co stanowi bogatą narrację o przeszłości tego obszaru. To jak podróż w czasie, gdy wędrujesz przez pozostałości biura kapitana lub poznajesz dziedzictwo Inuitów, które ukształtowało to wyjątkowe miejsce.”. W muzeum zadałem pani pytanie, czy dziennikarze mają jakieś zniżki, a pani nie dość, że ze zdziwieniem stwierdziła, że absolutnie nie, to jeszcze stwierdziła, że dziennikarze muszą prosić o zgodę na wykonywanie zdjęć. Zrezygnowaliśmy więc z tej atrakcji. Trochę szkoda!

Do Kopenhagi dolecieliśmy bezproblemowo Boeing’iem 737 MAX 8 siedząc na miejscach przy wyjściu awaryjnym, w samolocie wypełnionym najwyżej do połowy. Znów dobrze nas nakarmili… Jeszcze następnego dnia wczesnym rankiem, po „upojnej nocy” na lotnisku w Kopenhadze, skok do Krakowa i do domu.