Repotraże - Zapiski z Afryki


3 lutego 2008 roku


No to wystartowaliśmy i lecimy lotowskim Embraer'em z Krakowa do Franfurtu. Pogoda piękna, widać Tatry, Babią Górę, Pilsko, Bielsko. Kiedy przelatywaliśmy nad Bielskiem pomyślałem o moim Wojtku, który pierwszy raz został sam w domu na tak długo i chyba już trochę tęskni i trochę się o mnie martwi, ale. po kolei...

Najpierw rano szybkie przygotowania, a właściwie ostatni szlif, bo wszystko już dawno było zapięte na ostatni guzik.
Na lotnisku spotkałem cała ekipę. Ludzie fajni, sympatyczni... Zobaczymy, czy będzie nam tak samo sympatycznie kiedy będziemy wracać. Lecimy. Pogoda cudowna, a ja myślę o tym wszystkim co zostawiłem i o tym wszystkim co przede mną. Afryka. To niesamowite, że dopiąłem swego. Obok siedzą członkowie ekipy, każdy się uśmiecha, każdy jest zadowolony, ale na pewno w środku, w skrytości ducha, jest niepewność... Wyjdziemy na Kili? Uda się? Wszystko będzie ok.? Chciałbym, aby tak było... Pewnie chcieliby wszyscy.

4 lutego 2008 roku

Jesteśmy w Emiratach Arabskich. Ogromny port lotniczy Dubai. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że kiedyś będę w tym, tak bardzo egzotycznym miejscu.
Ale najpierw było zamieszanie we Frankfurcie, bo okazało się, że część bagaży naszej grupy odprawiono do Emiratów, a część bezpośrednio do Nairobi. No i musieliśmy chwilę powalczyć, aby wszystko pojechało w jedno miejsce, do Nairobi...
A później był sześciogodzinny, całkiem sympatyczny lot, choć w samolocie mogło być trochę więcej miejsca, no ale nie była to niestety klasa business... Obok mnie siedział Pali, Słowak, który ma z nas wszystkich chyba największe doświadczenie w górach. Po trzech winach (czerwonych i do tego wytrawnych) doszliśmy do wniosku, że w przyszłym roku może pojedziemy razem w Himalaje. Może to nie tylko efekt wina... Chciałbym być jeszcze kiedyś w Himalajach, tak jak kiedyś bardzo chciałem zdobyć Kili. Na Kili jadę. A z Himalajami zobaczymy jak będzie... Oby tylko życia i sił starczyło.
A po przylocie do Emiratów przytłoczyło nas nieco i lotnisko i ogromny Port Lotniczy. Kłębiące się tłumy ludzi lecących w tak bardzo różne strony świata, zapach zmęczonych, przepoconych, niedomytych ludzkich ciał... Połaziliśmy chwilę, a później padliśmy pokotem na podłodze... Kilka godzin przerwy przed lotem do Nairobi...

Airbus A-330 szczęśliwie dostarczył nas do Kenii. Lot przyjemny, widokowy, choć trochę męczący. Na pokładzie ciasnawo, ale czerwone wino w dowolnych ilościach. Kiedy wysiedliśmy, w Kenii powitał nas zupełnie inny świat. Od razu wokół nas pojawiło się mnóstwo ludzi chcących nam pomóc, oczywiście nie bezinteresownie. Każdy z nich liczył na napiwki. Kiedy odebraliśmy bagaże i wyszliśmy z lotniska, podbiegło do nas kilku Murzynów, którzy właściwie siłą wyrwali nam bagaże i zanieśli do autobusu, zapakowali i... bez żenady zaczęli się upominać o napiwki. Robili to w sposób delikatnie mówiąc nachalny.

Ruszyliśmy autobusem do Tanzanii, do Moshi, do hotelu. Totalna egzotyka. Jedziemy autobusem, choć "autobus" to duże słowo i "droga" to też chyba zbyt dużo powiedziane. Wokół slumsy, rozkrzyczani tubylcy, bieda, prymityw, śmieci, tumany kurzu... Zjechaliśmy na stację benzynowa, aby w markecie kupić wodę. Nie wiem jaki jest kurs dolara i waluty kenijskiej, nie wiem za ile kupiłem wodę, ale obawiam się, że była to najdroższa woda w moim życiu. Afryka.

Jedziemy, słońce powoli zachodzi, zachodzi wyjątkowo urokliwie...
Z głośników najpierw Kenny Rogers, a później "Jumbo...". Nie mogę uwierzyć, że naprawdę JESTEM W AERYCE i za kilka dni pewnie wyjdę na Kili, pojadę na safari, zanurkuję na Zanzibarze!!!

Droga z Nairobii do Moshi koszmarna i chwilami przypominała naszą drogę polną. Czuliśmy się w tym naszym "komfortowym" autobusie jak w betoniarce. Całe szczęście, że nie było zbyt gorąco.
Po drodze zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie, aby nieco odpocząć, ale mimo to na miejsce dojechaliśmy ogromnie zmęczeni. A kiedy zatrzymywaliśmy się, mogliśmy na afrykańskim niebie oglądać Oriona, ale położonego zupełnie inaczej niż u nas, prawie centralnie nad głową. Szkoda tylko, że nie jesteśmy bardziej na południu i nie widać Krzyża Południa.
Do hotelu przyjechaliśmy późna nocą (czas tanzański różni się o dwie godziny na plus od czasu polskiego), po 36 godzinach podróży. Hotel wyglądał całkiem, całkiem. Lekko ogarnęliśmy się i poszliśmy na kolację. Kolacja przy stolikach ustawionych na świeżym, afrykańskim powietrzu. Wokół podświetlone palmy, basenik. Piliśmy afrykańskie piwo Tusker i oczywiście piwo o nazwie Kilimanjaro!!!
A po kolacji dosłownie padliśmy. Wcześniej jeszcze zaczęliśmy kombinować z moskitierą, ale doszliśmy do wniosku, że złego licho nie bierze i "odjechaliśmy".
W pokoju jestem z Tomkiem spod Sandomierza...

5 lutego 2008 roku

Obudziliśmy się w afrykańskim hotelu. Najpierw lekkie, może zbyt lekkie i jak dla mnie zbyt słodkie śniadanie. Z pewną taką nieśmiałością zjadłem surowe owoce i wypiłem soki. Zobaczymy co będzie dalej. Choć jeśli spróbować spojrzeć na to wszystko bez emocji, to chyba jesteśmy zbyt mocno nafaszerowani informacjami, że tu wszystko szkodzi, że na wszystko trzeba tak bardzo uważać. Pewnie, że trzeba uważać, tylko nie można dać się zwariować...
Po śniadaniu relaks.
Około południa ruszamy obejrzeć wodospady Materuni. Najpierw busem, a później pieszo przez afrykańskie zarośla. To miejsce jest wyjątkowo urokliwe...

6 lutego 2008 roku

Jesteśmy spakowani. To właściwie teraz zaczyna się wyprawa... Mam cholerną tremę i ogromnie zależy mi na tym, aby wyjść na szczyt Kili. Jeszcze przed śniadaniem Góra ukazała się w całej okazałości. Jest ogromna i taka... podniecająca. Patrzyliśmy na Nią, choć nie wiem czy dobrze, że patrzyliśmy. Jest dla nas wszystkich wyzwaniem...
A wczoraj kiedy wracaliśmy z Materuni, Kili także było widać. Góra wyłaniała się zza chmur, a z prawej strony było widać masyw Mawenzi...
Ruszamy, w imię Boże! Niech się uda!!!

No i zaczęło się wszystko bardzo obiecująco. Szybko i sprawnie zapakowaliśmy rzeczy do busa i po godzinie dojechaliśmy do bramy Parku - Machame Gate, która jest położona na wysokości 1800 m n.p.m. A przy bramie czysta komercja. Wszystko nastawione na turystów, którzy idą zdobywać Kili. Na każdym kroku kasują i wszystko chcą sprzedawać, oczywiście po okazyjnej, specjalnej cenie.
Rzeczy ułożone, my w "artystycznym nieładzie", pełni energii, czekamy. No właśnie. Czekamy blisko półtorej godziny, bo okazało się, że nasza agencja nie przelała stosownej kwoty za nasze wejście. Trwają negocjacje, rozmowy, bieganina... A my "spokojnie" czekamy co z tego wyniknie, bo przed nami jeszcze sześć godzin drogi do pierwszego obozu Machame Camp na wysokości 2 980 m n.p.m. Czas nieubłaganie płynie... Czekamy pod daszkiem, bo zaczęło padać. W końcu Afryka. Afryka?
Wreszcie jest upragnione pozwolenie. Ruszamy.
Piękny, tropikalny las, a później jeszcze piękniejszy, tropikalny deszcz, a właściwie ulewa... Ostatni taki deszcz widziałem w Polsce w 1997 roku podczas powodzi tysiąclecia. Lało jak z cebra, przez blisko półtorej godziny. Ściana deszczu, niesamowite ilości wody. Ale udało się, jakoś przeszliśmy i jesteśmy na miejscu w Obozie I - Machame Camp. Zapada wieczór, a właściwie już noc. Już wysoko, ale to dopiero przedsmak tego co nas czeka. Trochę czuć zmęczenie i może trochę czuć wysokość. No i zobaczymy jak będzie jutro, bo jutro ruszamy do obozu II na wysokości 3 840 m n.p.m. Będzie trudniejszy dzień...
A dziś po drodze gdzieś tam słychać było małpy i na moment odsłoniło się Kili... Tylko szkoda, że gdzieś uciekł zasięg telefonu i nie mogłem wysłać sms-a tam gdzie chciałbym go wysłać.
A nasi tragarze, są niesamowici. Są bardzo dyskretni i widać, że bardzo chcą nam pomóc. Ciągle słyszymy to ich charakterystyczne pozdrowienie "Jumbo", "Jumbo" i. odpowiadamy im tym samym. A oni idą za nami i powtarzają "Pole", "Pole"... "Wolniej", "wolniej"... To podobno jedyna recepta, aby zdobyć Kili. Trzeba iść wolno, bardzo wolno i pić każdego dnia po kilka litrów płynów. No wiec idziemy powoli, pijemy dużo płynów, nerki sobie pracują i tak to wygląda.
I nie mogę nie powiedzieć o kolacji jaką nasi murzyńscy kucharze dla nas przygotowali. Zważywszy ekstremalne warunki w jakich to wszystko przygotowują to dobry hotel nie powstydziłby się tego... Była zupa, drugie danie, deser... Inna sprawa, że raczej staramy się nie zastanawiać co i gdzie przechowują, jak myją, jak przyrządzają. Tak chyba jest lepiej... Zakładamy, że robią to higienicznie i tej wersji uparcie się trzymamy.
Oby jutro wyszło słońce, oby można było wysuszyć mokre rzeczy...

7 lutego 2008 roku

Wczorajszy wieczór... Chyba zbyt dużo emocji i zbyt dużo tego chcenia, aby zdobyć górę. Nie mogłem zasnąć, długo nie mogłem zasnąć. Poprzewracałem się trochę w śpiworze, później musiałem się przebrać, bo zrobiło się zbyt ciepło, no i tak dotrwałem do rana. A później już było dobrze. Rano okazało się, że większość z nas miała problemy ze snem...

Wstaliśmy o 600 kiedy jeszcze było szaro. Na "Dzień dobry" dostaliśmy do namiotu, a właściwie do łóżka, po kubku gorącej herbaty z imbirem. Smakuje inaczej, ale. interesująco. Przed nami blisko sześć godzin marszu na 3 840 m n.p.m. Zobaczymy jak nam pójdzie. Oby tylko nie lało, bo część ciuchów nie zdążyła wyschnąć jeszcze od wczoraj. Może uda się je wysuszyć dziś wieczorem.
Szkoda, że nadal nie mam zasięgu...

Po sześciu godzinach marszu doszliśmy do Shira Camp na wysokości 3 840 m n.p.m. Trasa spokoj
na, chwilami nieco stroma, ale nie stwarzająca specjalnych kłopotów. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Po drodze nasi kucharze przygotowali dla nas taki lunch, że palce lizać. Jak tak dalej pójdzie to każdy z nas zamiast na wyprawie schudnąć to zdrowo przytyje... Po lunchu posiedzieliśmy chwilkę, ale krążące wokół burze nie pozwoliły na dłuższy postój. Ruszyliśmy dalej i po półtoragodzinnym marszu dotarliśmy na miejsce. Tragarze jeszcze przed naszym przyjściem rozbili namioty, ułożyli przy nich nasze główne bagaże i... czekali z posiłkiem. A my po przyjściu zainstalowaliśmy się w namiotach i poszliśmy na obiad. Po obiedzie natomiast wypiliśmy po kilka herbat na "łeb"... Ja jeszcze nigdy w ciągu jednego dnia nie piłem tyle herbaty, ale... pić trzeba, bo... jak wyżej.
Już podczas obiadu towarzystwo powoli zaczynało "wymiękać". Szli do namiotu, aby uciąć małą drzemkę i odpocząć. Ale to nie był dobry pomysł. Najlepszym pomysłem bowiem, jest teraz pójście w góry, pójście wyżej, aby na nocleg zejść niżej, bo to jedyny sposób na aklimatyzację. Paweł, Szef naszej wyprawy, pociągnął kilka osób. Poszedł Pali, Paweł, Wojtek i ja. To była taka mała przebieżka... Teraz wracamy... Oby ten krótki wypad pomógł nam zasnąć dzisiejszej nocy.
Jeszcze wieczorem kolacja i tradycyjne tankowanie herbaty i... może uda się wysłać jakiegoś sms-a, aczkolwiek z dostępnością do sieci nie jest tu najlepiej... Nie udało się...
A jutro przed nami Obóz - III Barranco Camp na wysokości prawie 4 000 m n.p.m.

8 lutego 2008 roku

Wczoraj poszliśmy małą grupką nieco wyżej i to była dobra decyzja. Lepiej, zdecydowanie lepiej się później czułem...
A noc minęła prawie dobrze, aczkolwiek wszyscy mamy tu problemy ze spaniem. Nocą mocno wiało, padało i wyglądało na to, że dzisiaj nie będzie najlepiej. Teraz jednak, Bogu dzięki, nie jest źle. Jest zimno, ale zdecydowanie ładniej. Góry się odsłoniły i po nocnych opadach Kili całe w śniegu, robi niesamowite wrażenie, podobnie jak ptaki, które są na wyciągnięcie ręki, dają się fotografować i w ogóle się nie boją...

Jesteśmy po śniadaniu, spakowani, przygotowani... Nic tylko ruszać. Idziemy dzisiaj przez 4 500 m n.p.m. na 3 950 m n.p.m... Rusza cała nasza karawana. Karawana, bo oprócz nas, 15 uczestników, idzie ponad 30 ludzi, którzy nas wspomagają. Tragarze, przewodnicy, kucharze. Jest nas blisko 50 osób, a wiec na szlaku wyglądamy całkiem imponująco. Przed nami ponad 7 godzin marszu do Obozu - III Barranco Camp. Nadal nie mam zasięgu i nie mogę się do nikogo odezwać, ale trudno, to są góry i to na dodatek dosyć wysokie...

Idziemy... Góra, dół, góra, dół - aklimatyzacja. Wszystko po to, aby lepiej znosić wysokość. A co do tego znoszenia, to ekipa raczej trzyma się dzielnie, choć ten ma lekką biegunkę, tamten jest nieco osłabiony, a ktoś inny nudności... Ja, póki co, czuje się nieźle, choć dziś apetytu nieco mniej, ale to, jak mówią fachowcy, normalna reakcja na zmiany wysokości.

Dziś początek wyglądał całkiem sympatycznie, choć trasa była męcząca. Wyszliśmy z poprzedniego obozu, pogoda wreszcie taka dla ludzi i mogliśmy w końcu coś obejrzeliśmy. Było afrykańskie, niesamowicie mocne słońce i było... Kili w całej okazałości. Po drodze widać okazało się jednak, że są osoby, które zaczynają mieć poważne problemy jelitowo, gardłowo, głowowe, ale także było widać, że coraz bardziej zaczynamy odczuwać zmęczenie. Na tej wysokości nie ma się jednak czemu dziwić - to już norma.
Po drodze napawaliśmy się widokami gór i Jego Wysokości Kili. Faktycznie wierzchołek wygląda majestatycznie i okazale. Śnieg jest bardzo nisko, oczywiście nie mówię o lodowcu, tylko o śniegu z nocnych opadów. To wszystko robi niesamowite wrażenie...
Chciałbym zdobyć Kili, ale chciałbym też, abyśmy na Kili doszli wszyscy. Ekipa jest fajna i dobrze się nam razem idzie. Pomagamy sobie wzajemnie... Dziś, kiedy pomogłem jednej z kobiet nieść wodę usłyszałem od naszego Szefa: "Jesteś mocny!". Te Jego słowa bardzo mnie podbudowały. Ktoś powie, że co to za wyczyn, tymczasem nawet dodatkowe, głupie dwa kilogramy na tej wysokości coś znaczą...
Później było już gorzej. Mordercze zejście z Lava Tower i okazało się, że moje sprawdzone, rozchodzone i na dodatek "wypasione" buty (marki nie wspomnę) otarły mnie. To dla mnie zagadka, dlaczego tak się stało... Może wilgotne skarpety, może... Nie wiem, ale gdzieś pewnie jakiś błąd w sztuce był.
No to jesteśmy w przedostatnim obozie Barranco Camp. Po raz pierwszy obóz jest z widokiem na Kili. Warto było się męczyć i warto jeszcze trochę się pomęczyć, aby stanąć na Jego wierzchołku. Ani zdjęcia, ani film nie oddadzą bowiem tego, co tutaj możemy oglądać. Tu trzeba być i przeżyć tę atmosferę. Nawet te wilgotne i brudne ciuchy, nawet to zimno w namiocie i brak zasięgu telefonu nie są w stanie sprawić, że człowiek pomyśli "Po co ja tu do cholery szedłem?"
Za chwilę kolacja, jak zwykle morze herbaty i... próba spania.
Wszyscy mamy problemy ze spaniem, najpierw przewracamy się w śpiworze, a później śpimy po trzy, cztery godziny i tak śpią nawet ci, którzy już bywali kiedyś w wysokich górach. Ćwiczymy to przewracanie się z boku na bok, a później zapadamy w taki bardzo płytki sen. Brak normalnego snu z dnia na dzień potęguje zmęczenie.

Mam tremę, ale myślę, że jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego powinno się udać. Jak dotąd nie mam żadnych dolegliwości. Dziś nieco boli mnie głowa, ale to chyba efekt afrykańskiego słońca, wysokości i... zmęczenia. Idziemy przecież już trzeci dzień, a to robi swoje...

9 lutego 2008 roku

Sobota i właściwie ostatni, ale morderczy dzień. Trasa dwuetapowa. Najpierw około czterech godzin przez blisko trzystumetrową ścianę Barranco Wall do Karranga Camp (3 980 m), n.p.m. gdzie jemy lunch i ruszamy dalej, aby po pięciu godzinach dotrzeć do ostatniego, IV Obozu - Barrafu Camp, na wysokości 4 550 m n.p.m., z którego będziemy nocą atakować wierzchołek Kili. Ale przedtem będzie czas na odpoczynek, bo jakoś w ten nasz sen nie wierzę. Będzie czas na przygotowanie się, tak aby przed północą wyruszyć.
Wystartowaliśmy rano po wspaniałej nocy. Pomimo tego, że było zimno, pomimo tego, że Tomek niesamowicie chrapał i się wiercił, pomimo wiatru i mokrych ciuchów, po raz pierwszy tu, na podejściu pod Kili, wyspałem się. Dobrze spałem pierwszy raz od trzech dni!!!

Po trasie szło się całkiem całkiem wśród niesamowitych krajobrazów. Wszystko to będzie widać na zdjęciach, bo pstrykałem jak szalony...
Pierwsza ścianka dosyć ostra, bez kijów, a po ściance, jak zwykle zaskoczyli nas tragarze wypasionym lunchem. Na tej wysokości i po tylu godzinach marszu jest to już wyczyn nie lada. A w czasie lunchu Kami przeżywała trudne chwile, ale doszła. Zobaczymy czy pójdzie w nocy. Wierzę, że pójdzie. Trzymam za Nią kciuki i jestem przekonany, że Jej się uda.

I jeszcze słówko na temat przewodników. Są niesamowici i perfekcyjni. To zawodowcy. Idą jednostajnym, bardzo wolnym tempem. Nikomu nie pozwalają się wyprzedzać. Oni wiedzą co robią i chcą nas doprowadzić do szczytu Kili. Co chwilę zatrzymują się, każą nam odpoczywać i uzupełniać płyny. Jeśli trzeba pomagają...
Pozostała część murzyńskiej ekipy także już się z nami oswoiła, a nawet zaprzyjaźniła. Przychodzą się rano przywitać, stukają w namiot i podają kubki gorącej herbaty, koniecznie z imbirem. Są fajni i widać, że bardzo się starają, ale kiedy człowiek pomyśli, że każdy z nich wynosi tak ogromne ilości bagażu i dostaje za to śmieszne pieniądze, to robi się po prostu głupio...

Obserwuję całą naszą grupę i patrzę na ewolucję jaką przechodzimy wszyscy bez wyjątku. Na pierwszych obozach patrzyliśmy gdzie nie ma błota, gdzie jest czysto i tam staraliśmy się położyć nasze rzeczy. Teraz już nikt na takie drobiazgi nie zwraca uwagi, podobnie jak nie zwracamy już teraz specjalnej uwagi na to co jemy. Z pewną rezerwą podchodziliśmy do tego co podawali nam tubylcy, a teraz... jemy już wszystko. Tylko, że każdemu z nas marzy się kawałek dobrej kiełbasy, albo kawałek mięcha... Mielonka od Tomka zrobiła furorę. Niestety, była w rozmiarze mini, ale... była!!! Wszyscy delektowali się jej smakiem. Boże, jak to się wszystko zmienia. Normalnie pewnie nikt nie chwyciłby się takiej konserwy, a teraz praktycznie wszyscy wyrywali sobie te małe kawałeczki z rąk...

No to siedzimy sobie w obozie przed atakiem szczytowym i czekamy na kolację. Po kolacji na chwilę do śpiwora i czekanie do 2300. O 2300 lekka przekąska i ruszamy. Nie wiem czy pójdą wszyscy. A my łazimy wszyscy z miejsca na miejsce, bo jest cholernie zimno, a będzie jeszcze zimniej. Dopiero później afrykańskie słońce rozgrzeje ziemię i będziemy te wszystkie warstwy z siebie zdejmować i schodzić najpierw do obozu IV, do bazy, a później do Mweka Camp, skąd następnego dnia do bramy Parku, ale to wszystko... PÓŹNIEJ!!!

Za chwilę kolacja, a później tak jak jestem ubrany wskoczę w śpiwór i spróbuję zasnąć. Gdyby się tylko udało zasnąć tak głęboko jak wczoraj, to taka godzina, czy dwie snu, zaprocentowałyby podczas ostatniego podejścia. A w ogóle to coraz mocniej wierzę, że uda mi się wyjść, że te wszystkie przygotowania, to katowanie się, te wszystkie bliższe lub dalsze wyprawy w góry z zapakowanym do granic możliwości plecakiem, to bieganie po schodach, te poranne baseny nie pójdą na marne. Choć wczoraj, kiedy Paweł zaczął omawiać różne warianty, które mogą zdarzyć się w czasie podejścia, kiedy mówił skąd i gdzie można awaryjnie zejść, muszę przyznać, miałem moment zwątpienia, tym bardziej, że bardzo zmęczyło mnie zejście do obozu poprzedniego.
Boję się, czy nie będzie jakichś sensacji, bo jakby nie było nasza górka ma blisko 6000 m n.p.m, ale nie odczuwam żadnych niepokojących dolegliwości...
Ruszamy przed północą. Mam nadzieję, że o wschodzie słońca staniemy na szczycie, na najwyższym szczycie Afryki, na najwyższej, wolnostojącej górze świata, na Kilimandżaro.

Wstaliśmy przed północą. Praktycznie nie spaliśmy tylko przeleżeliśmy w namiotach. Temperatura ujemna i to zdrowo ujemna... Jeszcze herbatka z imbirem, jakieś ciastka. Jesteśmy spakowani. Oczywiście zabieramy tylko to co niezbędne w drodze na górę. Ja niestety dodatkowo targam mojego, ważącego ogromnie Nikona ze stosownym obiektywem, ale to rozumie się samo przez się. Ostatecznie sam chciałem... Na sobie tyle warstw ile się tylko da - byle było ciepło. Na głowie czołówka. Reszta rzeczy pozostaje w bazie i czeka na nasz powrót. To jeszcze ciągle dziewiąty dzień lutego, ale do dnia dziesiątego, do niedzieli, do TEJ NIEDZIELI, kiedy staniemy na szczycie, zostało bardzo niewiele. Za chwilę ruszamy, ale teraz na moment przestaję myśleć o Kili i... upajam się niebem. Jest niesamowite i takiego nieba jeszcze nigdy nie widziałem. Dla samego widoku tego nieba warto było tu przyjść. Niesamowite ilości gwiazd, fantastyczna Droga Mleczna, niesamowite... Planetarium wysiada...
To niesamowite przeżycie, pomimo wszystkich niedogodności, zmęczenia, wilgoci, zimna,
Ruszamy...

10 lutego 2008 roku

Wschód słońca... JESTEŚMY NA SZCZYCIE KILIMANDŻARO!!! UDAŁO SIĘ!!!
To był trudny dzień, a właściwie wyjątkowo trudna noc. Było zimno, a nawet bardzo zimno. Szliśmy początkowo całą grupą, a później czwórkami. Ze mną szedł Pali, Paweł i przewodnik, który nas asekurował. Każdy z nas odczuwał trudy wędrówki, więc szliśmy bardzo wolno, a droga wydawała się nie kończyć. Kiedy tak z kroku na krok szedłem za Pawłem, myślałem o moich bliskich, modliłem się, liczyłem kroki, oddechy, rozmawiałem w myślach sam ze sobą... Było dużo czasu na przemyślenia...
I był taki moment, że chciałem usiąść na kamieniu i.. nie trafiłem na ten kamień... I był takim moment, kiedy już miałem serdecznie dosyć, ale nasz przewodnik Harold, zmotywował mnie. Może gdyby nie On, to zostałbym na Stella Point. Wprawdzie to też Kili, ale... to nie to samo. Stamtąd na ten właściwy wierzchołek, na Uhuru Pik, była jeszcze dobra godzina drogi. Doszedłem, mimo wszystko doszedłem, porobiłem dziesiątki zdjęć, nasyciłem oczy widokami i zacząłem schodzić. Tego jednak co zaczęło dziać się ze mną podczas zejścia, nie brałem pod uwagę nawet przez moment. Po prostu zabrała się za mnie choroba wysokościowa. W pewnym momencie poczułem się tak, jakbym wypił słuszną dawkę alkoholu. Mózg wydawał polecenia, a nogi nie chciały ich słuchać. To był dla mnie bardzo trudny fragment drogi. Im niżej, było jednak na szczęście coraz lepiej, ale z kolei dawało coraz bardziej znać o sobie zmęczenie, bezsenna noc i palące, afrykańskie słońce... Tak bardzo chciałem odpocząć, tak bardzo chciałem spać... Namiot powitałem z nieopisaną radością i w mgnieniu oka zasnąłem kamiennym snem. I cóż, udało się! Jestem bogatszy o kolejne, górskie doświadczenia. To przecież był mój pierwszy raz, to był mój debiut w tak wysokich górach.. A teraz ten planowany trekking w Himalajach staje się bardziej realny...

Obudziłem się, zjadłem zupkę przyniesioną przez Pawła do "łóżeczka", przeczytałem sms-a od... i wysłałem wiadomości do swoich bliskich i znajomych, aby wiedzieli, że też o Nich myślę, że to ich wsparcie bardzo mi pomagało i było mi potrzebne.

Schodzimy w dół...

Jesteśmy w ostatnim obozie Mweka Camp na wysokości 3 100 m n.p.m. Przygoda powoli kończy się, przed nami ostatnia noc... Wreszcie adrenalina opada, pijemy afrykańskie piwo, śmiejemy się, jesteśmy szczęśliwi... Udało się!!!

Przyszło kilkanaście bardzo sympatycznych sms-ów, zarówno od tych najważniejszych, jak i tych nieco mniej ważnych, ale także bliskich sercu.

Jutro do Bramy Parku i do hotelu...

11 lutego 2008 roku

W drodze powrotnej udało nam się uniknąć deszczu, ale zbocza Kili chyba znów tradycyjnie "przemokły". A tak w ogóle to śmialiśmy się z tej naszej Afryki, bo byliśmy ubrani od stóp do głów, bo wiało, bo wszystko było wilgotne... Zupełnie jak w Polsce... Ani ciepło, ani sucho, ani... afrykańsko.
Szliśmy w dół po nareszcie dobrze przespanej nocy, szliśmy na zupełnym luzie. Mieliśmy okazję obfotografować to wszystko, czego ze względu na pogodę nie udało się sfotografować w pierwszy dzień.

Teraz jesteśmy przy Bramie Parku - Mweka Gate (1 800 m n.p.m). Przed trzydziestoma godzinami byliśmy o 4 000 m wyżej, byliśmy na szczycie Kili. Na horyzoncie cywilizacja. Kończy się ta część naszej afrykańskiej przygody. Przychodzą refleksje i wspomnienia dnia wczorajszego. Jeszcze czuję trudy wyjścia, a szczególnie zejścia. Jeszcze czuję brak tlenu, wysokość... Jeszcze widzę, jak brakowało nam ścieżki...
A refleksje... No cóż, warto było wygrać tę walkę z własną słabością! Dopiero teraz dociera do nas to, że się udało, że ta, jakby nie było, całkiem "spora górka" JEST NASZA!!!
A w uszach brzmią mi jeszcze słowa niektórych, że to całe Kili to nic specjalnego, że przecież to właściwie najłatwiejszy szczyt w Koronie Ziemi, że rocznie tylu ludzi wchodzi na Kili...
Może to i prawda, ale na takie słowa powiem tak: Ten kto tam nie był, ten kto nie poczuł jak smakuje powietrze na wysokości blisko 6 000 m niech najpierw spróbuje, a dopiero później pogadamy, bo dopiero wtedy będziemy mieli płaszczyznę do dyskusji, bo... nie może mówić o lataniu ten kto nigdy nie latał, tak jak nie może mówić o górskich wyprawach ten, kto najwyżej był na Skrzycznym, lub na Kasprowym i to do tego... kolejką.

Po pewnych, dość niesympatycznych utarczkach z naszym przewodnikiem dotyczących wysokości napiwków, objuczeni pamiątkami, wsiedliśmy do busa i pojechaliśmy do hotelu.

Jesteśmy w hotelu. Nareszcie upragniony prysznic! W to trudno uwierzyć, ale po kilku dniach nie mycia się, tego uczucia opisać się nie da. Tam, na Kili, nasze zabiegi higieniczne były ograniczone do ABSOLUTNIE niezbędnego minimum i sprowadzały się właściwie do przecierania tego i owego chusteczkami i przemywania niewielkimi ilościami wody.
A teraz prysznic, lunch, afrykańskie piwo. Pełny relaks... Panie jesteś wielki!!!

Oj posiedzieliśmy przy piwie, posiedzieliśmy... Polało się strumieniem afrykańskie piwo... Potrzebowaliśmy tego.
Teraz tacy umyci, wypoczęci, wyluzowani... Przed Kili każdy, pomimo żartów i wygłupów był spięty... Każdy chciał wyjść i. wyszliśmy.

Dzień się kończy i leżę sobie pod moskitierą (niesamowicie wyglądam w tej "firance"). Jest cholerna duchota i do tego jeszcze ten zapaszek unoszący się z naszych, suszących się, brudnych ciuchów... Nie wiem jak to będzie z zaśnięciem.
Jutro na safari, a później na Zanzibar. Przed nami pięć dni wypoczynku, a potem już tylko lot samolotem i... czerwone wino, którym wypijemy toast za nasz sukces i za tych wszystkich, którzy pozostali i na nas czekają.

Zaczynam myśleć o następnej wyprawie...

12 lutego 2008 roku

Minęła pierwsza noc zwycięzców... Noc pod moskitierą i w dusznym, zamkniętym pokoju fatalna, bo klimatyzacja oczywiście nie działała. Chyba wolałem tę poprzednią noc w namiocie... Boże, jaki człowiek jest przewrotny.

Jesteśmy po śniadaniu, spakowani, ale część rzeczy pozostaje w hotelowym depozycie i przyjedzie do nas dopiero na lotnisko przed wylotem do Polski. Jedziemy na safari. Będę musiał po drodze kupić jeszcze jakieś drobiazgi, aby choć w tak symboliczny sposób podziękować tym wszystkim, którzy mnie wspierali, którzy o mnie myśleli. Oczywiście nie dam rady podziękować każdemu, ale wielu ludziom będę chciał pokazać, że o Nich myślałem, że jestem Im wdzięczny, że gdyby nie Oni, to pewnie nie udałoby mi się nawet tu przyjechać nie mówiąc już o wyjściu na samą górę.

Jechaliśmy z Moshi do parku Narodowego Arusha taką normalną, lokalną drogą. Z okien busa widać było tę prawdziwą Afryką, taką biedną zakurzoną, głodną, rozkrzyczaną. Taką Afrykę, która robi trochę przygnębiające wrażenie. Wszędzie pełno śmieci, wałęsające się zwierzęta, ludzie siedzący przed domami z wyrazem rezygnacji na twarzy, często patrzący na nas wrogo, dzieci proszące dosłownie o wszystko, o długopisy, jedzenie, o czekoladę, o pieniądze... Ta Afryka nie jest książkowa, nie jest taka jak na plakatach w biurach podróży... Jest taka, jak była... zawsze.
Jechaliśmy dosyć długo. Było ciepło, a właściwie gorąco, tak afrykańsko... Na horyzoncie Mont Meru wysoki na prawie 4 i pół tysiąca metrów... A hotel w którym mieliśmy mieszkać, a właściwie w którym mieliśmy spędzić tylko jedna noc, zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie. Jest w stylu rancza. Dachy pokryte trzciną, wnętrza przestronne, trochę ciemnawe, ale dające taki specyficzny klimacik...

W Parku Narodowym na każdym kroku przyroda aż kipiała, a nasze safari było takie "filmowo - telewizyjne", bo siedzieliśmy sobie w samochodzie z odkrytym dachem i robiliśmy zdjęcia jak szaleni... Mogłem tylko żałować, że dłuższy obiektyw pozostał w domu, bo mój Nikkor 18 - 200mm na taką fotografię okazał się nieco za krótki. Efekty tego fotografowania tak naprawdę to zobaczymy dopiero po powrocie do domu, na monitorze komputera. Ma jednak nadzieję, że to będą wspaniałe zdjęcia... A najważniejsze, że dzikie zwierzęta nie robiły "łachy" i wychodziły się pokazać. Na mnie największe wrażenie zrobiły żyrafy, które zupełnie inaczej ogląda się tu na wolności. Powaga, wręcz majestat i brak jakichkolwiek oznak niepokoju na widok człowieka. Spokojnie, nie zważając na nas i na kilkucentymetrowe kolce, skutecznie "odkurzały" wierzchołki akacji...
Było ciepło i w tej duchocie jeździliśmy prawie trzy godziny po ścieżkach Parku. A krajobrazy niesamowite...

A teraz już spać, bo dzień był pełen wrażeń.

13 lutego 2008 roku

W nocy musiałem niesamowicie chrapać, bo Paweł kilkakrotnie mnie budził...
Startujemy do Ngorongoro, największego krateru na ziemi i jednocześnie bardzo znanego Parku Narodowego. Ciąg dalszy polowania z aparatem i kamerą... Pogoda za oknem nie jest jednak zbyt zachęcająca i zupełnie nie afrykańska, bo całą noc padało.
Jestem w Afryce i jakby się kto pytał, to mam na sobie długie, polarowe spodnie i kurtkę... też polarową. Zobaczymy jak będzie w ciągu dnia...
Wyruszyliśmy w miarę planowo. W miarę, bo jak zwykle nasi sympatyczni murzyńscy koledzy nie byli gotowi na czas, ale do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Życie płynie tu zupełnie innym rytmem... Po drodze krajobrazy, Masajowie pasący krowy, machający do nas i zachęcający do zrobienia sobie z nimi, oczywiście za pieniądze, zdjęć... Mont Meru, niesamowita góra, która zmieniała się z minuty na minutę, bo inaczej układały się chmury i inaczej padało na nią światło...
Jak to dobrze, że mam cyfrowego Nikona i nie muszę oszczędzać filmu...
Przed wjazdem do Parku zjedliśmy jeszcze coś, co wzbudziło nasze, mam nadzieję bezpodstawne, podejrzenia i kupiliśmy pamiątki (ja wziąłem na siebie główny ciężar negocjacji cenowych, co wychodziło mi całkiem nieźle. Kupiłem chyba wszystko co będzie mi potrzebne.).

Do Ngorongoro pojechaliśmy w deszczu! A tam fascynująca była czerwień drogi, zieleń bujnej roślinności, ogrom krateru i oczywiście główni bohaterowie - zwierzęta... A w samochodzie trochę nas przewiało... Żeby człowiek marzł w Afryce... Świat się kończy...

Lokum do którego dojechaliśmy na koniec dnia całkiem przyzwoite. Wygląda na to, że tu liczą się z nami. Rozgwieżdżone niebo zapowiada na jutro piękną pogodę. Mieszkam tym razem z Marcinem...

Jesteśmy po kolacji i po drinku. Spróbowaliśmy tutejszej wódki - nic specjalnego. Nadal Afryka w pełnej krasie, Masajowie, pamiątki, dzidy, hebanowe główki i posążki i... perspektywa trzech dni na Zanzibarze, gdzie mam nadzieję, będzie nie tylko ciepło, ale i fajnie... Także ciepło i sympatycznie między nami...

14 lutego 2008 roku

Wstałem po ciężkiej nocy. Chyba mnie w Ngorongoro nieco przewiało, a poza tym Marcin chrapał, ale jak chrapał!!! Zawsze myślałem, że to ja chrapię, ale. w tej dyscyplinie nie dorastam mu nawet do pięt...

Wstaje pogodny afrykański dzień. Niebo bezchmurne. Będzie upalnie... Jedziemy do Portu Lotniczego Kilimanjaro skąd już tylko krótki skok nad morzem na Zanzibar gdzie będziemy się byczyć na plaży... Tylko jak ja wytrzymam taką bezczynność? Jeszcze tylko śniadanie i... w drogę.

No i dojechaliśmy na lotnisko. Międzynarodowy Port Lotniczy Kilimanjaro w Arushy. Dziś Afryka pokazała nam swoje prawdziwe oblicze. Było gorąco, cholernie gorąco. A kiedy dojechaliśmy okazało się, że nasz lot jest. przesunięty na 1530, a wiec o blisko trzy godziny... Afryka... Przy wejściu na pokład stewardesy dały nam z okazji walentynek po kwiatku - taki sympatyczny gest. Wylądowaliśmy na Zanzibarze. Dopiero tu poczuliśmy gorący, suchy oddech Afryki. Jest naprawdę bardzo gorąco, a dla mnie zdecydowanie za gorąco.
Podstawionym autobusem przejechaliśmy na drugi koniec wyspy do hotelu. Hotel zaskoczył nas wyjątkowo mile. Czysto, schludnie, nowocześnie i wreszcie bardzo dobre jedzenie w ilościach, na które nawet największe głodomory nie mogą narzekać. W hotelu wspaniały basen i rzut kamieniem do oceanicznej plaży. Tylko, że ta rzeczywistość hotelowa i to co za ogrodzeniem hotelu, to dwa zupełnie różne światy.

Przed kolacją popływaliśmy. Wrażenie niesamowite. Ciepła, mocno zasolona woda, a centralnie nad głową Orion. I ten księżyc jakiś taki "w druga stronę". Jakże inaczej niż nad Bałtykiem.. I ten szum morza, a właściwie oceanu, Oceanu Indyjskiego. Niesamowite!!! Nie dosyć, że w tropikach to jeszcze jestem nad Oceanem Indyjskim! 15 lutego 2008 roku Jeszcze tylko dwa dni na Zanzibarze, dwa dni totalnego luzu i wypoczynku i wracamy do Polski, do. Tylko nieco przeraża mnie perspektywa wielogodzinnej podróży, ale. inaczej się nie da. Wystartujemy w niedzielę rano, a do celu dotrzemy w poniedziałek późnym wieczorem. Koszmarna wizja!
Ale najważniejsze, że wczoraj było tak pięknie. Ten wczorajszy wieczór, to pływanie pod gwiazdami. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłem i długo będę to pamiętał.

16 lutego 2008 roku

Wstaliśmy wcześniej i udało nam się obfotografować całkiem sympatycznie wyglądający wschód słońca nad oceanem...

Po śniadaniu wyruszyliśmy do Centrum Nurkowego. Po dotarciu na miejsce okazało się, że nazwa "Centrum Nurkowe" jest lekkim nadużyciem. W prymitywnym, brudnym domeczku sprzęt, a właścicielka, nawiasem mówiąc Polka, patrzyła tylko, aby zgarnąć kasę i... upłynnić się. Instruktor (pytanie czy instruktor), choć osoba, która na pewno potrafiła nurkować, w drodze na rafę udzielił nam kilku wskazówek - takie ekspresowe szkolenie. Muszę uczciwie przyznać, że lekki cykorek był, bo ja nigdy przedtem tego nie robiłem, a w perspektywie było zejście z normalnym akwalungiem na głębokość prawie 20 metrów.
Odważnie pozakładaliśmy wszystko na siebie i z burty łodzi "fikołek" do wody. Byliśmy pod wodą, na rafie koralowej, w tym niesamowitym świecie prawie 40 minut. Wokół płaszczki, ukwiały, rozgwiazdy, koralowce, gąbki, ryby, a wszystko na wyciągnięcie ręki. Tak jak na filmach przyrodniczych. I te wydobywające się z każdego z nas bąble powietrza. A wokół, jak duchy, sylwetki innych nurków. Fascynujące przeżycie. Muszę powtórzyć to kiedyś z Wojtkiem.

Wieczorem ostatnia kolacja w Afryce (na kolację niesamowitej wielkości ryby, które z oceanu wyłowili nasi koledzy). Po kolacji trzy minuty pakowania, bo większość bagażu pozostała w Moshi i przyjedzie do nas na lotnisko, chwila pod tropikalnymi gwiazdami i. finał.
Udało się wszystko, ale najważniejsze, że udało się Kili. To czego zobaczyłem nigdy nie zapomnę. To była podróż mojego życia. Poznałem kilku naprawdę fajnych ludzi, z którymi, mam nadzieję jeszcze nie raz się spotkam, jeszcze nie raz pójdę w góry. Pali, Paweł... dziękuję chłopaki!!!

17 lutego 2008 roku

W drogę.

Do Arushy lecieliśmy ATR-em Precission Air. Kapitan, zresztą bardzo sympatyczny, kiedy dowiedział się, że w Polsce latam na samolotach, zaprosił mnie do kokpitu. Razem z Nim i Jego drugim pilotem leciałem w kabinie. A z kabiny widok na Mont Meru i Kili wspaniały. Zawsze mnie to kręciło. Jakby nie było miałem wszystko co lubię - i góry na horyzoncie i samolot. Trzaskałem zdjęcia. Na pożegnanie wymieniliśmy się adresami, bo może kiedyś. Po locie w kabinie moje akcje w grupie natychmiast wzrosły.

Po wylądowaniu siadamy sobie spokojnie z pudełkami z wałówką i okazuje się, że siedzący obok nas Chińczycy, a szczególnie bardzo sympatyczna Chinka pamięta nas z Kili. Rozmawiamy, żartujemy, wymieniamy adresy i obiecujemy posłać sobie zdjęcia.

Podjeżdża nasz autobus i przez Tanzanię ruszamy do Kenii, do Nairobi. Mamy tylko nieco mieszane uczucia przy przekraczaniu granicy z Kenią, bo podobno nie jest tam zbyt spokojnie, ale. wbrew obawom wszystko przebiega bez jakichkolwiek kłopotów. Gdybyśmy nie wiedzieli z mediów, że w tym kraju coś się dzieje, to tu nic nie świadczyłoby o tym. A po drodze złapaliśmy gumę.

A teraz już lotnisko w Nairobi. Jesteśmy przepakowani i czekamy na odprawę.

Kiedy szliśmy po odprawie do hali odlotów spotkałem jeszcze Marcina, Zbyszka i Olę. Oni odlatują wcześniej na pokładzie B - 747 KLM do Amsterdamu. Pożegnaliśmy się. Szkoda, że nie mogą lecieć z nami. Są sympatyczni. A później okazało się, że nasz samolot, który ma nas dowieźć do Dubai'u jest opóźniony i to niestety sporo. Oczywiście te dodatkowe dwie godziny to nie tragedia, ale staje się to uciążliwe wtedy, kiedy człowiek jest już bardzo zmęczony, kiedy chciałby już usiąść w wygodnym fotelu, coś zjeść i zasnąć. Wytrzymaliśmy jakoś, wsiedliśmy na pokład. Pożegnanie z Afryką.

18 lutego 2008 roku

W Dubai'u mieliśmy niewiele czasu na przesiadkę na samolot do Frankfurtu. Po kontroli zaokrętowaliśmy się na pokład B - 777, który szczęśliwie dostarczył nas do Frankfurtu. Coraz bliżej, bliżej, bliżej.

We Frankfurcie musieliśmy poczekać głupie cztery godziny na samolot do Krakowa. Te godziny właściwie przespałem. Zmęczenie i chyba początek przeziębienia, albo efekt mojego nierozsądnego pobytu na słońcu na Zanzibarze zrobiło swoje. A na dodatek ślicznie się łuszczę i chyba będę zmieniał wylinkę przez kilka najbliższych dni. Moja skóra tej dawki promieniowania słonecznego nie wytrzymała...

Ok. 1820 wsiedliśmy na pokład lotowskiego Embraer'a i ruszyliśmy do Krakowa. Po wylądowaniu Paweł rozdał nam dyplomy za zdobycie Kilimandżaro no i impreza się skończyła. Teraz przyjdzie czas na refleksje, na ocenę, na nowe plany. Może za kilka miesięcy Mont Blanc, a później. kto to wie.
Najważniejsze, że się udało i nie zawiodłem tych wszystkich którzy wierzyli, że dam radę. Dałem radę!!!

A w domu czekał Wojtuś.